Japonia z Matyldą - marzec 2010
Pełny album zdjęć:
![]() |
| Japonia z Matyldą (III 2011) |
A tu filmiki, które skręciliśmy podczas wyjazdu
nasz powrót z Japonii w typowym wydaniu "histerii medialnej" :)
kilka scen z tego zakręconego kraju
a tu podjechało kilka japońskich pociągów:)
rejony odwiedzone przez nas w Japonii

Japonia była zawsze dla nas krainą tak inną i
odległą,że prawie nierealną. Odmienność kultury, gościnność azjatycka w
zestawieniu z bardzo dużym zaawansowaniem cywilizacyjnym oraz technologicznym - to jest to, tak zawsze
uważaliśmy. Odkąd Matylda przyszyła na
świat zaczęliśmy dobierać miejsca na mapie pod kątem przyjaznej i bezpiecznej
podróży dla malutkiego dziecka, na naszej liście zaczęła się więc pojawiać i
Japonia.
W lutym tego roku nadarzyła się promocja Aerofłotu na wylot z Warszawy przez Moskwę do Tokio. Będąc pod
jej wrażeniem, niewiele czekając
kupiliśmy bilety z wylotem na początek marca i powrotem na początek kwietnia.
Dopiero po ich nabyciu zaczęliśmy “wgryzać się w temat”, czyli wybierać miejsca warte odwiedzenia,
dokładnie czytać na temat obyczajów
kraju kwitnącej wiśni oraz sprawdzać czy będzie nas w ogóle stać na
miesięczną podróż do Japonii. Cóż, to
jednak inna Azja w porównaniu z tą, w której do tej pory byliśmy. Poszperawszy
trochę po relacjach i w wyszukiwarkach podróżniczych okazało się, że ceny są
duże wyższe niż przypuszczaliśmy a szczególnie ceny noclegów, które mogą
położyć niejeden budżet. Nie zważając na to ,że będziemy się tym razem poruszać
w trójkę oraz mając wcześniejsze dobre doświadczenie z CouchSurfing z Rosji i
Izraela, postanowiliśmy poszukać w serwisie i ponawiązywać kontakty z
mieszkańcami różnych japońskich miast i miasteczek. Po miesiącu mieliśmy już
namiary do wielu fajnych ludzi w całej interesującej nas części Japonii.
Przygotowania do wyjazdu trochę trwały i wymagały sporej inwencji w pakowaniu
się, głównie ze względu na posiłki na cały miesiąc oraz spore ilości innych
niezbędnych rzeczy dla dziesięciomiesięcznej Matyldy. Na
szczęście przed wyjazdem Matylda zasmakowała w nowych potrawach , tym razem z plastikowych nie szklanych opakowań
co pozwoliło nam wydatnie zmniejszyć wagę naszych plecaków.
Na lotnisku musieliśmy je i tak trochę
przepakować żeby zmieścić się w limitach bagażowych, ale za to na wszystkich
lotach mieliśmy do dyspozycji kołyskę dla dziecka, co gwarantowało nam sporo
“przestrzeni życiowej” w samolocie.
widok na Tokio z wież rządowych wieżowców w dzielnicy Shinjuku
Po dziesięciogodzinnym locie z
Moskwy wylądowaliśmy w Naricie pod Tokio. Od razu szok - po lotnisku w
Moskwie - wszyscy są uprzejmi, celnicy bardzo mili, przy stanowisku do wypełniania
dokumentów, oprócz długopisów, różne rodzaje okularów do wykorzystania. Nasze
komórki oczywiście nie działają ze względu na inne częstotliwości, można
tutejsze owszem wypożyczyć ale usługa ta jest dość droga. Na mapie otrzymanej z
informacji turystycznej lokalizujemy
raczej oględnie położenie naszego hotelu kapsułowego. Stwierdzamy, że to
ponad dziesięciomilionowe miasto jest jakieś nierealnie, za duże a
kilkadziesiąt dzielnic dość chaotycznie porozrzucanych sprawi chyba nam i
Matyldzie trochę kłopotów logistycznych. Wsiadamy w pociąg marząc o naszym hotelu
po nieprzespanej nocy w samolocie. Droga
z lotniska pomimo niewielkiej odległości
okazuje się jednak dość skomplikowana, w hotelu zjawiamy się dopiero po
kilkugodzinnej przeprawie z japońską infrastrukturą kolejową – nadzwyczaj
rozbudowana i sprawna jednak dość niepojęta jak na pierwszy raz. Zmieniając
kilkakrotnie pociągi, stacje, linie prywatne i państwowe, linie metra, na
wieczór docieramy do naszej dzielnicy.
Fajnym okazał się być system opłat za metro – zawsze można kupić najtańszy, bilet i przy wyjściu z metra dopłacić
ewentualną różnicę w maszynie do dopłat.
Pomimo, że nasz hotel jest podobno bardzo popularny wśród plecakowiczów, to nikt nie wie gdzie się znajduje. W końcu docieramy. Kapsuły okazują się być iście kosmiczne i małe a i tak mamy zarezerwowane te „większe” o powierzchni około 2 m2. Wieczorem wychodzimy “na miasto” coś spróbować zjeść, odwiedzając pierwsze knajpy, gdzie posiłki kupuje się w automacie, a z wydrukowanym bloczkiem idzie się do wydającego posiłki. Automaty do sprzedaży wszystkiego odtąd będą nam już towarzyszyć podczas całej podróży. I znowu wszędzie szok, policjanci kłaniają się na ulicy, gość w knajpie mimo, że w środku żywego ducha, stoi jak słup za kontuarem, nawet na moment nie usiadłszy czy zaglądnąwszy do gazety, cały czas na baczność na posterunku gotowy do obsługi klientów. Po powrocie do hotelu szefowa widząc, że jesteśmy z kilku miesięcznym dzieckiem proponuje nam zmianę kapsuły na pokój w tej samej cenie - chciała zadbać o spokój innych „kapsułowiczów”, którzy chyba tej nocy nie wyspaliby się:)

Pokój niewiele większy od kapsuły ale za to z mikroskopijną składaną
toaletą, a łóżko ma własny system audio. Nazajutrz rano pod hotelem pojawia się
Kenji – nasz pierwszy host. Jest chyba bardziej przejęty od nas,
jesteśmy jego pierwszymi gośćmi z CS i to od razu pełno wymiarową rodziną z
Europy. Jedziemy jego tajską taksówką, która sprowadził sobie z Tajlandii by
tanio przemieszczać się po Tokio. Po drodze do jego domu zahaczamy o kilka fajnych miejsc, m.in.
oglądamy japońską odpowiedź na wieżę Eiffla nie wiele od niej mniejszą.
Kenji wraz z żoną Yasue mieszkają w bloku do złudzenia
przypominającym nasze drapacze z
wielkiej płyty, jednak z licznymi tarasami porośniętymi trawą na wyższych kondygnacjach a na samej górze gdzie
mieszka to już w ogóle wyglądającymi jak kawałek działki za oknem. Po
obowiązkowym zdjęciu obuwia w wydzielonym genkan
zostajemy wprowadzeni na pokoje tatami a właściwie na przestrzeń z matami,
która po zasunięciu suwanymi drzwiami tworzy osobne pokoje. Po odpowiednim
przeszkoleniu ze sprzętu łazienkowego możemy też wziąć japoński prysznic i
poleżeć w mini wannie z wodą o temperaturze 45 stopni C. Wszystkie zdobyte tu
informacje bardzo się później przydają, gdyż tak właśnie wyglądają typowe
japońskie mieszkania, w których to przez najbliższy czas będziemy gościć.
Nazajutrz, w niedzielę jedziemy do dzielnicy Harajuku pooglądać młode cosplay-zoku,
czyli zbuntowaną na sposób japoński młodzież. Głównie lolitki w stylu emo czy goth i inne dziewczęta
poprzebierane w klimacie różowych podkolanówek
i mini spódniczek. W dzielnicy też znajdują się liczne kultowe
młodzieżowe lokale, do których ustawiają się długie kolejki. Można tu też podziwiać jeden z najsłynniejszych sintoistycznych
kompleksów świątynnych w Japonii Meiji-Jingu
oraz odbywające się tam lokalne śluby.
Następnego dnia nasi gospodarze idą do pracy, opuszczamy więc dzielnice Adachi-ku i
jedziemy na spotkanie kolejnego CouchSurfera. Rano zaczyna padać śnieg i robi
się zimno, dziękujemy bogu że przytomnie wzięliśmy czapki i rękawiczki, choć w
moich letnich trampkach wyglądam dość dziwnie. Na spotkanie z naszym hostem
musimy przejechać i zmienić linie metra
na najbardziej ruchliwej stacji w mieście Shinjuku,
która obsługuje dziennie trzy miliony ludzi i jest jednym z najbardziej
zatłoczonych dworców na świecie. Jest
tu kilku poziomów i w sumie sześćdziesiąt wyjść na powierzchnię. Trochę się na
niej gubimy jeżdżąc niezliczoną ilością
wind oraz odwiedzając liczne pokoje do przewijania dzieci. Na spotkanie z Shigeakim spóźniamy się
więc jakieś 2 godziny. Shigeaki na szczęście ma wolny dzień. Mieszka bardzo blisko stacji
metra, więc po zostawieniu u niego plecaków zgadzamy się by wziął nas na zwiedzanie miasta w
miejsca, które sami sobie wymyśliliśmy. Rzucamy mu kilka takich dla przykładu a
on robi nam w typowo “japońskim” stylu przebieżkę po mieście. Szczególnie „odjechanie” wygląda
dzielnica Shibuya z jednym z największych skrzyżowań, z
poczwórnym przejściem dla pieszych wśród olbrzymich sklepów i biurowców całych
w neonach, telebimach i co tam jeszcze. Wjeżdżamy też na tarasy widokowe na wieżowcach
rządowych na wysokość dwustu metrów na
czterdzieste piąte piętro, z których roztacza się panorama niczym z filmów
SF. Późnym wieczorem nieco umęczeni
padamy na materace, wcześniej degustując tempure
czyli warzywa w cieście oraz sushi–maki
zakupione przez Sheigeakiego w
pobliskim sklepie. W nocy Matylda daje znać, że nie przestawiła się jeszcze z
czasu środkowoeuropejskiego na lokalny i o czwartej nad ranem postanawia się
zacząć bawić. Sporo czasu mija zanim skłaniamy ją na powrót do przyjęcia
pozycji horyzontalnej. Rano Shigeaki nic po sobie nie daje znać, że
również nie przespał tej nocy i grzecznie odprowadza nas na metro.
Fujiyama
Słońce wychodzi i robi się piękna rześka wiosenna pogoda. Postanawiamy na trochę uciec od miejskiego
zgiełku i jedziemy na południe pod świętą górę Fuji. Warunki pogodowe
wskazują, że mamy dużą szansę ją zobaczyć. Normalnie przez większą cześć roku
spowijają ją chmury. Na wieczór dojeżdżamy do pięknie położonego górskiego Kawaguchi-ko gdzie bierzemy nasz drugi i
ostatni hotel podczas całego wyjazdu. Miejscowość jest zbyt mała żeby
zlokalizować tu jakiegoś Couch Surfera. Hotel jest bardzo fajny, z własną kuchnią, lodówkami, pralką, suszarką
do korzystania przez gości, oraz z
tradycyjnymi pokojami tatami. Cena jest również „tradycyjna” dla Japończyków,
dla nas za to mocno nadszarpująca budżet. Panuje tu jeszcze w pełni zima, rano
budząc się na wschód słońca brnę w śniegu i kilku stopniowym mrozie. Jednak
widok o poranku ośnieżonego szczytu
wulkanu Fuijamy wyłaniającego
się znad górskich jezior graniczy z mistycznym doznaniem. Po wymeldowaniu się
zostajemy jeszcze na dość długo w hotelu czekając na dogodne połączenie do
Kioto i przy okazji zaznajamiając Matyldę z dużą częścią personelu hotelowego.
Z Kawaguchi-ko jedziemy na dworzec kolejowy, żeby wsiąść na superszybki pociąg Shinkansen – dumę Japończyków. Shinkansen
mknie z prędkością około 300 kilometrów na godzinę, porusza się tylko po własnych
torach a w wielu miastach ma zbudowane specjalnie dla niego dworce, przez które
nie jeździ zwykła kolei. Na peronie czujemy się prawie jak na stacji promów
kosmicznych – co chwilę nadjeżdżają superszybkie białe jak śnieg pociągi kształtem
przypominające rakiety. Niektóre zatrzymują się na chwile, niektóre z
niesamowitym impetem przejeżdżają prze stację. Ledwo zdołaliśmy wsiąść do tego pociągu. Wybraliśmy tańsza opcję -wagony
bez miejscówek- bardzo mocno zatłoczone.
W pociągu jest jak w samolocie, poruszanie
się wiec z wózkiem dziecięcym
jest mocno utrudnione. W końcu udaje nam się znaleźć wolne miejsca i w niespełna dwie godziny jesteśmy w Kioto.
Kioto
Dostawszy wcześniej dokładne
namiary od naszego hosta z Kioto i przedzwoniwszy do niego z budki udajemy się na autobus i już po
chwili spotykamy się.
Masashi okazuje się być Couch Surferowym emerytem – wyjadaczem- oprócz nas w tym
samym czasie mieszkają u niego dwie Niemki a on sam ma grafik na najbliższe dni
kogo będzie przyjmować. Sam też dużo podróżuje i niedługo wybiera się do
Australii korzystając oczywiście z CS. Mieszka nad warsztatem – pracownią, w
której pracuje jego syn – typowy
rodzinny japoński biznes. Mieszkanie też jest w stylu japońskim czyli bez
ogrzewania. Z powodu panujących kilku
stopniowych temperatur na zewnątrz, w
pokoju jest niewiele więcej, śpimy więc
na japońskich futonach pod stertą koców
i w czapkach. Matylda zaczyna powoli nabierać podróżniczego hartu:) Masashi przyrządza pyszną kolacje okonamiaki i zupę miso, która to zaczyna nam już towarzyszyć na co dzień.
Nazajutrz nasz gospodarz będąc cały
czas pod wielkim wpływem uroku Matyldy odprowadza nas na stacje metra. Jedziemy
do dzielnicy Higashiyama pełnej
świątyń szintoistycznych i buddyjskich. Klimat miasta jest całkiem inny niż w
Tokio, nie jest tak wielkomiejskie, ma przyjemną niską zabudowę a wiele domów
jest starych albo budowanych dalej w klasycznym stylu. Mijamy więc wiele miniaturowych domków
wielkości altanek na naszych ogródkach
działkowych. Szczególnie fajny jest podwójny trakt Ninnen Zaka & Sannei-Zaka co tłumaczy się jako „Drogi Dwuletniego
i Trzyletniego Wzgórza”, gdzie co chwile można natknąć się na uliczne stoiska z
japońskimi przysmakami, knajpki z
ogrodami japońskimi i stragany z lokalnym (czy raczej chińskim ) badziewiem. Na
późny wieczór dość wymęczeni wracamy do domu Masashiego, gdzie znów przed szczelnym opatuleniem się w koce
zjadamy jedną z wyśmienitych potraw
przygotowanych przez niego.
Następnego dnia obieramy nieco inny kierunek chcąc zobaczyć słynną Złotą Pagodę
Kinkaku-Ji. Na stacji metra trochę
się trzęsie ziemia, kiwają się lampy ale w sumie tego samego wcześniej
doświadczaliśmy w Tokio, wiec wydaje nam się to
normalne. Nic złego nie przeczuwając jedziemy do stacji Uzumasa-Tenjingawa skąd wybieramy się w bardzo długi wielokilometrowy spacer w
kierunku Złotej Pagody, co chwile
pytając się o drogę w sklepikach i na
migi ustalając dalszą trasę. W
kilka godzin przechodzimy kawał miasta. W końcu zatrzymujemy się na posiłek,
gdyż co trzy godziny musimy znajdować knajpkę, w której możemy nakarmić
Matyldę. Za każdym razem trzeba załatwić
podgrzanie w mikrofali jej obiadku, albo
zamówić ryż, który mieszamy dla niej z
bananami.
Do swojskiej, jak na japońskie warunki knajpki weszło kilku uczniów, obowiązkowo
w mundurkach, ściągnęli z regału Mange otwarli
na chybił trafił (tak przynajmniej nam się wydaje) i zagłębiają się w lekturze.
Szafowa włącza telewizor i nagle wszyscy w lokalu jak jeden zaczynają się
weń wpatrywać. Jest na żywo nadawany
program ze studia w Tokio, w którym
ewidentnie się trzęsie, a chwile
potem nadają zdjęcia z helikoptera pokazujące posuwającą się fale Tsunami. Nie zwracamy zbytnio na to
uwagi oporządzając Matyldę i zaraz wyruszamy w dalsza drogę. Po kilku godzinach
spaceru docieramy do Kinkaku-Ji co
jakiś czas ładując zapasy energii czarna kawą, gorącą bądź to mrożoną, sprzedawaną w
automatach, których jest
wszędzie na potęgę.
Wyznaczywszy sobie drogę powrotną na
piechotę przechodzimy prawie całe miasto wzdłuż i wszerz. Przy jednej z
głównych ulic napotykamy na warsztat wyrabiający maty tatami, oczywiście
ręcznie metodami tradycyjnymi. Wieczorem
u Masashi dowiadujemy się tak naprawdę o ty m co się stało,
wszystkie kanały TV nadają tylko o dzisiejszej tragedii, jesteśmy jednak cały
czas uspakajani przez domowników (tak my
uspakajani przez nich !), że tu nam nic nie grozi, że wszytko to ma miejsce daleko,
na północ od Tokio.
Osaka
Następnego dnia, pozostając dalej w tym rejonie Japonii jedziemy do Osaki, najbardziej zurbanizowanego
i kosmopolitycznego miasta regionu. Tutaj mamy adres do Mutsuko, z którą sporo korespondowaliśmy jeszcze w Polsce. Zdzwaniamy się
potwierdzając nasz przyjazd. W informacji w metrze ustalamy na której stacji
powinniśmy wysiąść i udajemy się w rejon gdzie mieszka Mutsuko z mężem. W Japonii znajdowanie czegokolwiek wg adresu jest
mocno utrudnione gdyż generalnie ulice nie mają nazw, nie mają też własnych
numerów, tylko poszczególne kwartały miasta są znakowane ciągiem liczb. Z
wydrukowaną mapka z Google jeszcze w
Polsce, wychodzimy jednym z kilkunastu wyjść z
metra. Po wielu próbach znalezienia samodzielnie domu o podanym numerze
kapitulujemy, wiedząc że musi to być gdzieś niedaleko i że kręcimy się w kółko.
Zaczepiamy pierwszego napotkanego przechodnia sprawiającego wrażenie
rozumiejącego po angielsku i
zaczynamy wchodzić z nim na
poszczególne klatki schodowe szukając naszego numeru. W końcu i on daje spokój
i wraca do swego domu obiecując że zaraz wróci i znajdzie jakieś rozwiązanie. Pytamy jeszcze
innych ludzi i po długim oczekiwaniu nasz
przechodzień wraca z wydrukowaną mapka i zaznaczonym numerem domu.
Wystarczyło tylko przejść jedną przecznicę i już po dwóch godzinach błądzenia
jesteśmy pod właściwym numerem. Tak nam
się zdaje. Nikt nie otwiera, a nam i Matyldzie ze zmęczenia włącza się już
śmiechawa, wyobrażamy sobie, że pakujemy
się komuś całkiem przypadkowemu na chatę. Po paru minutach stania pod dzwonkiem
przestaje nam być do śmiechu bo adres się zgadza a nikt dalej nie otwiera.
Zrezygnowani opuszczamy dom, odnajdujemy
budkę telefoniczną i dzwonimy do Mutsuko.
Po chwili wychodzi po nas i okazuje się,
że owszem numeracja się zgadza... ale to jednak nie był ten blok, obok są
identyczne numery i to jest właśnie tam. Przepraszając za tak późną porę przybycia szybko
bierzemy japońską kąpiel, która już
powoli zaczyna nam się podobać. W mieszkaniu jak to zwykle, prawie zima ale nie
tak sroga jak w Kioto. Bardzo miło
spędzamy tu kolejne trzy dni i
noce, coraz więcej dowiadujemy się też
o zniszczeniach spowodowanych przez Tsunami, o ofiarach nie wiemy jednak w dalszym ciągu,
informacje te są tu dość reglamentowane
w mediach.
Zwiedzamy kosmiczną Osakę z
miejscami jak żywo wyjętymi ze scenerii
SF typu Blade Runner, a kolejnego dnia udajemy
się do niedaleko położonej pierwszej stolicy Japonii - Nary. Akurat
odbywa się tam coroczne święto Omizutori
i możemy podziwiać swoisty „taniec z ogniem” w
wykonaniu świeżo upieczonych mnichów buddyjskich.
Ponieważ plan mamy dość szczegółowo poukładany i żeby zjawić się na czas u
kolejnych hostów po kilku dniach spędzonych w Osace i okolicach
wyruszamy dalej na południe w kierunku Hirishimy. Po drodze zatrzymujemy się w małej mieścinie Himeji,
w której można podziwiać najwspanialszy zamek warowny w całej Japonii – Zamek
Białej Czapli. Niestety akurat główna wieża jest restaurowana więc nie ma
zbytnio co oglądać. Na dworcu natomiast można się uraczyć w typowej
prowincjonalnej „gar kuchni” sprzedającej kulki z ośmiornicami. Jest to jedno z
tańszych i bardziej smakowitych dań na które natrafiamy już któryś raz, sprzedawane prosto z budek
lub przyczep samochodowych. Są to kulki
z ciasta wraz z pokrojoną na drobno ośmiornicą opiekane przy kliencie na specjalnej blasze i podawane
z sezamem, zieleniną i różnej maści sosami- palce lizać:).
Jedziemy dalej, na prawdziwą japońską prowincję, oazę
spokoju w porównaniu do wibrującej Osaki, do małego miasteczka Yamaguchi, gdzie mieszka nasz koleiny host. Po kilku
przesiadkach kolejowych na koniec jadąc tramwajem szynowym wysiadamy na
malusieńkiej „samoobsługowej” stacyjce, wokół której okazuje się być tylko
jedna restauracja i to włoska oraz kilka sklepików. Szef restauracji sprawdza
adres o który pytamy i zaprowadza nas nieopodal pod blok żywcem wyjęty z
naszych minionych czasów i już dzwonimy do drzwi. Nate
jest Amerykaninem który pracuje na rocznym kontrakcie w okolicznych szkołach
ucząc angielskiego. Mówi trochę po
japońsku, pierwszy raz od niego słyszymy o awarii w elektrowni w Fukushimie
i możliwym zagrożeniu skażeniem w
tamtych okolicach. Na początku nie sądzimy, że może to nieść jakiekolwiek zagrożenie i bardzo się dziwimy jak Nate mówi,
że kolejni Couch Surferzy rezygnują z zatrzymania się u niego i w ogóle z
przyjazdu do Japonii. Nate jest bardzo wyluzowanym i równym gościem.
Zostawia nam klucz od mieszkania a sam rano jedzie do pracy, tak więc możemy
się trochę wysypiać w następne dni.
Z Yamaguchi jest niedaleko do wyspy Miyajima, przy której stoi na otwartej wodzie monumentalna świątynna
brama, karmazynowa Torii. Jest to jedna z głównych atrakcji Japonii ale ponieważ
jest kiepska pogoda i chyba zaczyna się
panika wśród zagranicznych turystów, nie ma zbyt wielu ludzi. Oprócz oglądania bramy
i sanktuarium można też delektować się ostrygami ze straganów, które są w tym
miejscu dostępne w bardzo dużych ilościach. Wieczorem wróciwszy do Nate’a
odpalamy neta i jesteśmy w szoku - główne newsy w Polsce i na świecie to
trzęsienie ziemi w Japonii i jego skutki. Na skrzynce mnóstwo maili od
znajomych i nie tylko typu co się z nami
dzieje i czemu nie ma z nami kontaktu. Dowiadujemy się też, że zostaliśmy
wciągnięci na listę osób zaginionych, stworzoną przez polskie MSZ. Po rozmowie
z Nate, który bardziej orientuje się w ostatnich wydarzeniach,
stwierdzamy jednak że żadnego zagrożenia
w naszym rejonie nie ma i chyba nie
będzie.
Hiroshima
tablica w hołdzie ofiarom bomby atomowej pod ruiną "A-dome"
Pełni optymizmu wyruszamy więc dalej
na południe do Hiroszimy. W pociągu jak zwykle dostajemy sporą dawkę
kulturalnego zachowania- konduktor każdorazowo wchodząc do przedziału kłania
się pasażerom i wychodząc robi to
również. Matylda stanowi nie lada atrakcję dla ludzi jadących do pracy i
kilka godzin upływa nam bardzo miło. W Hiroszimie
dzwonimy do Chie, naszej
następnej gospodyni Couch Surfowej i musimy trochę zaczekać gdyż jest jeszcze w pracy. Posilamy się w lokalnym
fast foodzie gdzie sprzedają tylko makaron Udon
z różnymi rodzajami mięsa i marynowanym
imbirem ale jest suchy ryż więc możemy
zrobić papkę bananowo-ryżową dla Matyldy.
Wieczorem jedziemy tramwajem, który
jest głównym środkiem komunikacji po mieście i na wskazanym przystanku
wysiadamy spotykając się z Chie. Mieszka
z narzeczonym ( za miesiąc będą już małżeństwem) w sympatycznym mikroskopijnym
mieszkanku. Ogrzewania oczywiście nie ma ale wyposażają nas w matę grzewczą,
która bardzo sprawdza się w tutejszych warunkach.
Nasi gospodarze są bardzo ciekawi jak żyje się w Polsce, jak wygląda u nas
typowy dom itd. Cały czas do przyrządzonej wspaniałej kolacji raczą nas
japońskim piwem Sapporo, więc po
pewnym czasie dyskusja angielsko – polsko-japońsko-migowa robi się dość
ożywiona, znów padają zapewnienia że mamy się nie przejmować, i że w tej części Japonii jest całkiem
bezpiecznie. Natomiast informacje w TV na tyle ile możemy je rozszyfrować mówią trochę co innego. Newsy
podają że wyciek z reaktora elektrowni
ma miejsce w dalszym ciągu, że
rozszerzono strefę zagrożenia, która niebezpiecznie zbliża się w stronę Tokio.
Nazajutrz z rana udajemy się do najbardziej rozpoznawalnego miejsca w
mieście, do Parku Pamięci i Pokoju w którym stoi pomnik ku czci ofiar bomby
atomowej, olbrzymie muzeum poświęcone wydarzeniom z 1945 roku a nieopodal
straszy ruina- szkielet Genbaku Domu, która jako jedyna przetrwała z tamtego czasu.
Muzeum jest olbrzymie, nowoczesne i tak perfekcyjnie multimedialnie
zorganizowane, że od razu nasuwa nam się skojarzenie z podobnym - Instytutem Yad Vashem w Jerozolimie. Po
pięciu godzinach spędzonych w nim humory
nam troszkę siadają, udziela nam się atomowy klimat, niebo pokrywa się czarnymi
chmurami (prawie jak po wybuchu w tamtym sierpniowym dniu) a bardzo miła Pani z
obsługi chcąc nawiązać z nami rozmowę pyta jak nam się podoba w Japonii ale
żebyśmy czasem nie jechali na północ od Tokio bo tam jest niebezpiecznie.
Klimat psuje nam się do tego stopnia że po krótkiej rozmowie dochodzimy do
wniosku, że nie ma co czekać na niekorzystny rozwój wydarzeń i póki jeszcze
można spróbujemy przebukować bilety i wrócić wcześniej do kraju.
Robimy krótki rachunek sumienia. W Japonii obejrzeliśmy już prawie wszystko
co chcieliśmy, teraz mieliśmy udać się na południe na wyspę Kiusiu gdzie Aga miała trochę
poplażować a ja miałem na tydzień
popłynąć do Korei, do strefy zdemilitaryzowanej na granice z Korea Północną.
Pogoda nie wskazu je na to że można będzie zacząć plażowanie z Matyldą a mnie
odeszła ochota na Koreę po braku pozytywnych informacji z północy Japonii. Niestety na razie nasze najbliższe plany
musimy odłożyć, do Aerofłotu nie można się w żaden sposób dodzwonić pomimo
wielu prób.
W centralnym miejscu parku pod
symbolicznym grobowcem napotykamy na grupę niemieckiej telewizji, która skręca
wywiady z przypadkowo napotkanymi
Japończykami wypytując ich co sądzą o obecnej sytuacji w związku z zagrożeniem
radioaktywnym. Zadają dość dziwne pytania typu
czy nadchodzi drugie pandemonium nuklearne. W głównej informacji
turystycznej na tą samą modłę dziennikarz radia francuskiego usiłuje wydobyć
informacje od personelu dopytując się
czy dużo ludzi boi się zagrożenia w
związku z radiacją i czy chcą się ewakuować z Japonii. Miejscowych trochę
wprawia to w zdziwienie a my czujemy
niesmak dla dziennikarzy z europy szukających sensacji w miejscu z dala od
prawdziwej tragedii.
Fukuoka
Tak czy owak po południu kupujemy
bilety do naszego następnego miejsca podróży już na wyspie Kiusiu – Fukuoki. Autobus
w Japonii jest dużo tańszy od pociągu więc na niedługich trasach gdzie Matylda jeszcze nie zdążyła by nam dać
w kość staramy się podróżować tym środkiem komunikacji. W Fukuoce czeka na nas Justyna, dziewczyna z Polski, która pracuje i
mieszka z mężem Brazylijczykiem już od
kilka lat w kraju kwitnącej wiśni. Jak na japońskie warunki mieszkają w
bardzo dużym czteropokojowym mieszkaniu i już rozgryźli wszelakie zawiłości życia w Japonii. Ich mieszkanie jest bardzo
blisko plaży wiec pierwszy raz od przylotu spędzamy trochę czasu nad oceanem, oczywiście o
plażowaniu nie może być mowy gdyż temperatury znów oscylują wokół kilku stopni.
W Fukuoce oglądamy pierwsze
rozkwitające wiśnie ale jest tu jeszcze
za wcześnie na prawdziwe Hanami –
można się na nie szykować za jakiś
tydzień – dwa. W Fukouce spędzamy trzy dni oglądając to ponad milionowe
kosmopolityczne portowe miasto,
zwiedzając sklepy “wszystko po 100
jenów” i obserwując napływające informacje odnośnie skażenia wokół elektrowni w
Fukushimie, które z dnia na dzień nie napawają optymizmem. Tu, na wyspie
Kiusiu jest całkowicie bezpiecznie ale nie podobają nam się informacje o
tym że niektóre państwa przysyłają samoloty
i ewakuują swoich obywateli z Tokio, póki lotnisko jest jeszcze otwarte. Gdyby strefa
radiacji rzeczywiście się rozszerzyła i doszło do wstrzymania połączeń lub do
zamknięcia lotniska Narita, które
znajduje się na wschód od Tokio, nasza sytuacja mogłaby się mocno skompilować
gdyż Aerofłot i wiele europejskich linii
nie latają z innych japońskich miast. Po kilku dniach z pomocą Justyny, która płynnie mówi po
Japońsku, w końcu udaje nam się dodzwonić do biura Aerofłotu na lotnisku i przebukować nasze bilety na najbliższy
możliwy termin – przewoźnik tak jak zresztą inne biura w związku z zaistniałą
sytuacją nie robią żadnego z tym problemu i nie pobierają żadnych dodatkowych
opłat.
Tokio
– powrót

nadjeżdżający Shinknsen na dworcu w Tokio
Następnego dnia musząc w jak
najszybszym czasie dostać się do Tokio wsiadamy znów w „pociąg – pocisk” Shinkansen i
ponad 1000 km przejeżdżamy w niecałe
pięć godzin co chwile zatrzymując się na kolejnych stacjach. W Tokio
daje się zaobserwować pewne szkody i
zmiany w stosunku do czasu sprzed trzęsienia ziemi – wiele wind i ruchomych
schodów jest nieczynnych, mnóstwo knajp i lokali jest pozamykanych i nie ma już takich
tłumów w miejscach do tej pory bardzo zatłoczonych. Z powodu ciągłych informacji o podwyższonym skażeniu powietrza
już w rejonie Tokio Aga z Matyldą
starają się jak najmniej wychodzić na powierzchnię, większość czasu
spędzają w metrze, tak więc od razu jedziemy
do naszego pierwszego Couch Surfera z Japonii, do Kenjego.
Wcześniej zgodził się nas przenocować na dzień przed naszym porannym wylotem. Mieliśmy szczęście, akurat przypada
jakieś święto narodowe, których jest tu bez liku ale to przy okazji jest dniem
wolnym od pracy. Kenji pracuje w firmie, która świadczy usługi dla
TEPCO, i dużo inżynierów od niego z pracy jest oddelegowanych w rejon zagrożenia ale on jako informatyk
pracuje na miejscu z czego jest raczej
zadowolony. Kenji i Yasue
stęsknili się za Matyldą, wieczór więc upływa
na licznych „rozmowach” i
zabawach z dzieckiem.
Nazajutrz jedziemy
prosto na lotnisko, gdzie jakoś nie możemy się doszukać koczujących tłumów chcących
wydostać się z Japonii, które
poprzedniego dnia jeszcze oglądaliśmy w europejskich mediach.
Po całym dniu lotu z przesiadką w Moskwie w końcu
oddychamy z ulgą w Polsce.
Chcąc jednak być
całkowicie spokojnym udajemy się na nasz Uniwersytet na wydział fizyki gdzie na
radiometrze badamy nasze ciuchy wierzchnie czy czasem nie są w jakiś sposób
napromieniowane. Okazuje się, że głównie na moim polarze są śladowe ilości
izotopu jodu 131 i cezu 137, jednak w tak małych ilościach, że nie mogą
stanowić jakiegokolwiek zagrożenia.
Tak uspokojeni
postanawiamy, że więcej nie będziemy się tym już interesować, jednak następnego
dnia rano pierwsza wiadomością jaka słyszymy w radio jest, że właśnie
podniesiono stopień zagrożenia z Fukushimie
a w Tokio rząd zakazał spożywania
wody i używania jej do kąpieli niemowląt. Usłyszawszy to dostajemy lekkiej
histerii gdyż właśnie dzień wcześniej
będąc w Tokio kapaliśmy Matyldę i dawaliśmy jej pić herbatki na
tokijskiej wodzie. Czym prędzej jedziemy
do największego szpitala dziecięcego w
regionie, w którym nawet panie doktor
dostają lekkiej palpitacji serca i nie
wiedzą jak się zachować i w jaki sposób można by sprawdzić radiacje u dziecka.
Trochę spanikowani dzwonimy do Centrum
ds. Zdarzeń Radiacyjnych Państwowej Agencji Atomistyki, w którym
dostajemy namiar na instytut w
Katowicach w którym dokładanie można by przebadać Matyldę.
Cała poobiednią
drzemkę Matyldy wykorzystujemy do badań
pod radiometrem, również jej pampersy idą pod aparaturę w celu stwierdzenia
jakie dostała dawki napromieniowanej wody. Na całe szczęście okazuje się i tym
razem, że owszem wykryto izotopy
radioaktywne ale dawki przyjęte są tak
małe, że w najmniejszym stopniu nie wpłyną na zdrowie dziecka a próbki z gleby
z rejonów w Polsce objętych chmurą
radioaktywną po awarii w Czarnobylu
posiadają niewspółmiernie większe stężenia po dziś
dzień.